Pierwsza
podróż w Stanach Zjednoczonych odbyła się nad Wodospad ( technicznie rzecz
biorąc – wodospady) Niagara w stanie Nowy York.
![]() |
Lśniące, prosto z wypożyczalni |
Wyruszyliśmy z samego rana, a
do przejechania było około 600km. Droga biegła wzdłuż jeziora Erie, autostradą
90 na północy-wschód, przez stan Ohio, w którym mieszkaliśmy, dalej przez
Pensylwanię , aż do Stanu Nowy York. Sam wodospad znajduje się w mieście (i tu
zaskoczenie!) Niagara Falls, na granicy Amerykańsko – Kanadyjskiej, kilkanaście
mil na północ od miasta Buffalo.
![]() |
W naturalnym środowisku |
Zadowoleni pasażerowie? |
Podróż
amerykańskim highway’em ma to do siebie, iż mimo swej płynności, upływających
godzin i kilometrów, działa niestety na kierowcę usypiająco, wytrącając go co
jakiś czas z czujności. Aby uniknąć niepotrzebnych zdarzeń wprowadziliśmy rotacje za kierownicą, tak aby ci bardziej
zmęczeni mogli odpocząć, a ci bardziej spragnieni jazdy sprawdzić się na
amerykańskim terenie.
![]() |
Centrum Buffalo |
O tyle o ile Buffalo nie wywarło na nas oszałamiającego
wrażenia (typowe amerykańskie miasto – imperialistyczne budowle, brak pieszych
na ulicach, czy ogromne płatne parkingi), o tyle Niagara okazała się cudem
natury w pełnym słowa znaczeniu.
Sam
wodospad położony jest na terenie parku stanowego. Prowadzi do niego droga
wzdłuż rzeki Niagara - rwącej i szerokiej, na widok której pojawia
się myśl, że nie chciałbyś się w niej znaleźć. Kończy się ona uskokiem,
załamaniem, które tworzy wodospady – wodospady jedyne i niepowtarzalne, które są
jedną z wielu wizytówek Stanów Zjednoczonych. Spacer w parku, zdjęcia,
oglądanie Niagary ze wszystkich możliwych stron – wszystko to zajęło dobrych 5
godzin.
Apetyt rozbudziła w nas także strona
Kanadyjska. Niestety nie mogliśmy tam pojechać, gdyż nie wszyscy z naszej
drużyny mieli paszporty. Tym samym zrodził się od razu pomysł, iż będzie tu
trzeba jeszcze wrócić. Skądinąd wiedzieliśmy, że widok z drugiej strony
zapiera dech w piersiach nawet mocniej, niż ten ze strony amerykańskiej.
Będą na miejscu, za niewielkie
pieniądze można wejść na tzw. deck –
coś na wzór mostu zawieszonego nad przepaścią, wysuniętego na skraj przepaści.
Można także zejść na dół i poczuć na sobie siłę wodospadu, biorąc darmowy
prysznic zafundowany przez Niagarę. Jedną z atrakcji są także wycieczki
statkami. Dają one jeszcze inną perspektywę i są całkowicie bezpieczne,
ponieważ doki znajdują się w dolnej części wodospadu. Naszym zdaniem, rejs w
górnej części rzeki dałby większy zastrzyk adrenaliny. Koszt takiej
przyjemności to ok. 20$.
Na końcu wizyta w sklepie z
pamiątkami, tzw. giftshopie – bez
którego nie może obyć się żadna amerykańska perełka, żadne znane miejsce w
Stanach. Podróż powrotna zajęła nieco więcej czasu, gdyż postanowiliśmy zjechać
z autostrad, by podziwiać Stany takie jakie są rzeczywiście.
Drogi lokalne, z
charakterystyczną żółtą linią po środku - w znakomitym stanie, domy pozbawione
płotów i ogrodzeń, amerykańskie wozy, przydrożne bary – ducha Ameryki czuć było
na każdym kroku. Do Sandusky wróciliśmy
około 2 nad ranem…
Przed Cleveland trzeba wjechać było na autostradę. Zabawa po lokalnych drogach dobiegła końca. W tym momencie ugrzęźliśmy na dobrą godziną w korku, spowodowanym jakimś wypadkiem. Stąd drobny poślizg w całej drodze.
Całość zajęła nam mniej niż 24 godziny, ale i tak o około 5
godzin dłużej niż zakładaliśmy. Wniosek zrodził się jeden – Stany są krajem
dużo większym niż nam się wydawało, a kilka centymetrów na mapie, to tak
naprawdę setki kilometrów…
Jakby tego było mało w dwa tygodnie po podróży dostaliśmy mandat, za nie uiszczenie opłaty na płatnych mostach, tuż przed Niagara Falls. No cóż, jak trzeba to trzeba... Kolejna nauka.
to właśnie one... |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz